Wojciech Tomczyk | SIEDEMNAŚCIE STRACONYCH LAT
15547
post-template-default,single,single-post,postid-15547,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-10.1.2,wpb-js-composer js-comp-ver-5.1,vc_responsive

SIEDEMNAŚCIE STRACONYCH LAT


Jacek Cieślak, „Rzeczpospolita”: Jest pan autorem powiedzenia, że gdyby porównać historię komunizmu do bajki o Czerwonym Kapturku, to w Polsce został on opisany z perspektywy martyrologii wilka – absurdalnej i fałszywej.

Wojciech Tomczyk: Oczywiście. W opowiadaniach o komunizmie kaci są często przedstawiani jako ofiary. Tak było zarówno w wywiadach rzekach z sekretarzami PZPR i wysokimi oficerami wojska oraz służb specjalnych PRL, jak i w literaturze oraz dramacie. Warto zwrócić uwagę na bardzo znamienny paradoks: nazista jest opisywany jako człowiek jednowymiarowy, bez wyrzutów sumienia, ideowo zaprzedany antycywilizacji. Komunizm był również antycywilizacją. Tymczasem komuniści w literaturze prawie zawsze wierzą w lepsze jutro ludzkości i poświęcają się dla niej. Generał Jaruzelski też się poświęcał. W jednej ze swoich książek opowiadał, że rozważał samobójstwo. Taki polski Hamlet. Ostatecznie, kierowany poczuciem odpowiedzialności, zdecydował się poświęcić życie innych i wprowadził stan wojenny. – Historia PRL została opowiedziana z perspektywy katów, ale i zawiedzionych komunizmem – rewizjonistów buntujących się przeciwko systemowi, który wcześniej współtworzyli. Przykładem jest Wajdowski cykl „Człowiek z… „, „Dreszcze” czy „Ucieczka z Kina Wolność” Marczewskiego. Ale było też „Przesłuchanie” Bugajskiego. – To arcydzieło, trudno o nim zapominać. Ale zwróćmy uwagę, że główny konflikt rozgrywa się między bohaterką graną przez Krystynę Jandę, która nie była żadną ideową osobą – chciała po prostu korzystać z wolności i młodości…
… przespała się z mężczyzną, z którego zrobiono szpiega…
– … i za to została zamordowana przez człowieka, dla którego jedynym usprawiedliwieniem – rzecz jasna w jego pojęciu – stało się to, że był więźniem Auschwitz. No i oczywiście wierzącym, ideowym komunistą. Na rewizjonizmie specjalnie się nie znam, niezbyt mnie on pociąga. Widzę w nim zresztą takie przesłanie: zobaczcie, Polacy to nieudacznicy, nawet socjalizmu – tak pięknej i prostej idei – zbudować nie umieli. Ciemny naród nie potrafił komunizmu zrozumieć i zaakceptować. Nawet to nam się nie udało.
Uważa pan, że czas po 1989 r. został stracony dla przywracania narodowi historii Państwa Podziemnego, AK i konspiracji poakowskiej – mimo że właśnie z nią, a nie z komunistami i byłymi komunistami utożsamiała się większa część społeczeństwa?
– Mój znajomy złożył w TVP ładnych parę lat po 1989 roku scenariusz opowiadający o tych sprawach. Od wysokiej rangi urzędnika usłyszał: przecież to antykomunistyczna agitka! Antykomunizm pozostawał w niektórych środowiskach grzechem nawet po obaleniu ustroju. A siedemnaście straconych lat to jest zwłoka przerażająca. Duże i ważne filmy o komunizmie powstały w Czechach, na Węgrzech i w Niemczech. „Życie na podsłuchu” nagrodzono niedawno Oskarem. A u nas nic. Paradoksalnie – ostatnie ważne filmy o komunie powstały jeszcze przed zniesieniem cenzury – mam na myśli „W zawieszeniu” Waldemara Krzystka czy „300 mil do nieba” Macieja Dejczera.
W Tetrze TV było lepiej niż w kinie. Pamiętamy „Misia kolabo” Piotra Kokocińskiego.
– Znowu wracamy do Ryszarda Bugajskiego. Mówimy ciągle o jednym reżyserze. Tymczasem spektakli o molestowaniu, przemocy, narkomanii i mniejszościach seksualnych powstało trochę więcej. To są wszystko zapewne ważne sprawy, ale może jednak zachwialiśmy proporcje.
Pana zdaniem dopiero za prezesury Bronisława Wildsteina dokonany został przełom?
– Prezesura Wildsteina była bardzo szczęśliwym okresem dla tej tematyki i w ogóle dla telewizji publicznej. Ale, o ile wiem, produkcja „Norymbergi” mojego autorstwa musiała być podpisana przez ekipę Jana Dworaka. Prezes Robert Kwiatkowski na pewno nie byłby nią zainteresowany. O wcześniejszych szefach telewizji nie wspomnę. To, że Scena Dokumentalna w Teatrze Faktu powstała po kilkunastu latach od pierwszych rozmów na ten temat, o czymś świadczy. Przecież „Rotmistrz Pilecki” – znów wracamy do Ryszarda Bugajskiego – czekał na realizację równie długo. Najpierw miał powstać film, potem sukcesywnie ograniczano mu budżet.
Janusz Gajos ma szczęście do ról oficerów służb wojskowych. Najpierw zagrał ją w „Przesłuchaniu”, potem w pana dramacie „Norymberga” wyreżyserowanym przez Waldemara Krzystka. Ale przez długie lata obowiązywał polityczny testament generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, żeby kamuflować przestępstwa WSI i wcześniejszej Informacji Wojskowej – tak by winy komunizmu spadły na SB. Czy tworząc postać oficera domagającego się procesu norymberskiego dla komunizmu, chciał pan w ten paradoksalny sposób pokazać, że środowisko wojskowych służb specjalnych nigdy nie będzie chciało się oczyścić?
– W PRL często bywało tak, że po zatrzymaniu przez SB i odmowie współpracy pojawiał się oficer wywiadu i pytał, czy z nim współpracowałoby się chętniej niż z bezpieką. Wiązało się z tym gigantyczne kłamstwo polegające na fałszowaniu polskiej racji stanu i interesu Polski. Ale zasługa generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka w kamuflowaniu roli służb wojskowych ostatnio nie jest znowu tak wielka. To nie oni pisali zapowiedzi i recenzje „Norymbergi”, w których powtarzano, że pułkownik jest oficerem SB. Dla mnie to jest znaczące, że określenie ubek, esbek jest tak bardzo rozciągliwe, że obejmowało wszystkie działania służb PRL. Kiedyś w dyskusji młoda dziennikarka z maniakalnym uporem twierdziła, że bohaterem Norymbergi jest ubek. Kiedy upierałem się, że jest to oficer wywiadu, powiedziała wręcz: przecież to wszystko jedno. A właśnie, że nie.
Ryszard Bugajski opowiadał, że jego problemy z cenzurą wynikały właśnie z tego, iż pokazał morderstwo więzienne popełnione nie przez ubeka, lecz oficera Informacji Wojskowej.
– O ile pamiętam, właśnie dlatego uznano na kolaudacji, że film atakuje Polskę i wojsko, które ją uosabia. Chodziło o to, że rzekomo polskie wojsko było siłą nietykalną, bo stało na straży niepodległości. Mamy tego przykłady z grudnia 1970 r. i 1981 r. Wcześniej w podobny sposób broniło niepodległości Czechosłowacji. Wojsko Polskie po 1945 r. służyło wyłącznie do pacyfikowania społeczeństwa. No i jako potencjalne mięso armatnie w przyszłej wojnie o pokój. Wracając do roku 1989 – pomysł dogadania się z komunistami był dobry. Ale jego konsekwencje nie musiały być tak opłakane. Środowiska postkomunistyczne mimo kolejnych kompromitacji mają w Polsce ogromne wpływy, właściwie we wszystkich dziedzinach życia. To bardzo źle.
Skąd pan czerpał tworzywo do postaci pułkownika z „Norymbergi”?
– Najśmieszniejsze jest, że tego środowiska wcale nie trzeba specjalnie prześwietlać, ponieważ oni – używam świadomie słowa „oni” – nie żyją w ukryciu. Lata całe opowiadali historię PRL w książkach, mediach i rozmaitych gawędach. Przez pewien czas odgrywali rolę telewizyjnych gwiazdorów. To, że byli recenzentami demokracji, stało się powodem mojego poważnego dyskomfortu psychicznego. Bo jak człowiek, który całe życie służył Związkowi Radzieckiemu, państwu totalitarnemu, może opowiadać, że my nie potrafimy korzystać z wolności. Może właśnie bezwstyd środowisk komunistycznych doprowadził do napisania „Norymbergi”. A jeśli chodzi o postać pułkownika – kiedyś interesowałem się powojenną konspiracją i siłą rzeczy musiałem natknąć się na zjawisko ludzi zwerbowanych, apostatów. Mam wrażenie, że spotkałem w życiu jedną z osób, która po wyroku śmierci ocaliła życie, przechodząc na drugą stronę barykady. Oczywiście mój dramat jest syntezą wielu losów, ale nie ma w nim żadnego zmyślenia. Byli chłopcy, którzy golili włosy spikerkom radiowym w latach 50. Ludzie załamujący się w śledztwie też. Oficer LWP, który dał słowo stoczniowcom, że jego czołgi nie wjadą do Stoczni Gdańskiej w 1981 r., po czym został zastąpiony przez innego – istniał naprawdę. A na mszy Jana Pawła II pielgrzymi nieśli transparent z napisem „My, Twoje dywizje”. Zostali zatrzymani i przesłuchani. O historiach, że ktoś dostał kredyt i zdał egzamin na prawo jazdy z pomocą, na którą nie mogli liczyć inni – wiemy wszyscy.
Czy tytuł dramatu dokumentalnego „Inka 1946” o zamordowaniu łączniczki majora Łupaszki opatrzył pan datą dlatego, że imię bohaterki bardziej niż z powojennym podziemiem będzie się kojarzyć z przyjaciółką zamordowanego ministra sportu Dębskiego?
– Afery III RP są nam czasowo bliższe. Ale czy wiemy, dlaczego zginął Dębski? Nie. A z tytułem ma pan rację. Po napisaniu sztuki dowiedziałem się, że Inka dla ośmiu z dziesięciu odbiorców kojarzy się z kawą zbożową, a dla reszty z Dębskim. Tak zrozumiałem, że lata tużpowojenne są w ogóle nieznane i postanowiłem naprawić ten błąd – zmienić wrażenie, że w drugiej połowie lat 40.nie działo się nic, co nie zostało pokazane w serialu „Dom”.
I w „Samych swoich”.
– Ma pan racje. Są jeszcze westerny i komedie z tzw. Ziem Odzyskanych i Bieszczadów. Ile jest prawdy w „Wilczych echach”, wszyscy wiedzą. Jeszcze mniej niż w „Ogniomistrzu Kaleniu”, choć wydaje się to niemożliwe.
Nie obawia się pan, że ci, którzy chcieli Polaków pozbawić ich prawdziwej powojennej historii, odnieśli sukces również dlatego, że gdy po latach w poniedziałkowym Teatrze TV mamy takie nagromadzenie spektakli historycznych – może ono wywołać w widzach znużenie i przesyt?
– Tak naprawdę pokazano raptem kilka przedstawień. Czeka nas premiera „Rozmów z katem” i to jest chyba wszystko w tym sezonie. Sądząc po tym, jak reaguje publiczność, nie można mówić o przesycie. „Norymberga” była najchętniej oglądanym spektaklem telewizyjnym od lat i – co nie zdarzało się wcześniej – została powtórzona oraz natychmiast wydana na DVD. Równie wysokie notowania miała „Inka 1946”.
Najważniejsze jest to, by dotrzeć do młodej widowni. Czy dlatego zdecydował się pan w sztukach na stworzenie postaci młodej dziennikarki próbującej ustalić prawdę o wydarzeniach sprzed lat?
– Badania oglądalności pokazały, że bohaterki „Norymbergi” i „Inki 1946” zostały uznane przez młodzież za ich koleżanki, a przed telewizorami zasiadło blisko milion młodych ludzi w wieku do 25 lat. Dla tych spektakli zrezygnowali z innych pozycji w porze największej oglądalności. To nasz wielki sukces.
Jakie doświadczenia z komunizmem miała pana rodzina?
– Takie jak większość. Ktoś był przesłuchiwany przez UB, potem SB. Ktoś siedział w więzieniu w czasach stalinowskich. Stryj był w armii Andersa i do śmierci w 1958 r. nie było dla niego pracy. Ale nie byliśmy specjalnie represjonowani. Pochodzimy z Warszawy i z Łodzi, dlatego nasz los jest nieporównywalny z tym, co przeżyli Polacy mieszkający na ziemiach wschodnich II RP.
Jest pan scenarzystą popularnych seriali TVP „Oficer” i „Oficerowie”. Przyznam, że nie śledziłem ich dokładnie, ale czy znalazł pan tam miejsce na historię najnowszą?
– Seriale to jest broń masowego rażenia! W obu cyklach wrogiem policji jest esbeckie podziemie istniejące w Polsce. Wspominam jego dzieje od czasów stanu wojennego, bo przecież nie wzięło się z powietrza.
Andrzej Wajda oburzał się, że pokazani w „Psach” Pasikowskiego byli esbecy parodiują scenę niesienia na drzwiach Janka Wiśniewskiego. Większość nie doceniła tego, bodaj jedynego, na początku lat 90. filmu o transformacji systemowej, który pokazał palenie teczek w 1989 r., operetkowość weryfikacji SB i to, że niezweryfikowani oficerowie stanęli na czele mafii. Ciekawe, że również „Ekstradycja” wyprodukowana przez Lwa Rywina ujawniała mechanizmy transformacji.
– Kino sensacyjne nie może pomijać realiów, także politycznych. A jednak przykładów, że można je tworzyć inaczej – nie brakuje. Jedna z telewizji pokazuje właśnie serial inspirowany historią gangu pruszkowskiego, ale bez odwoływania się do jego patronów z SB i wspólników ze świata polityki. W mediach większość ludzi nie chce opowiadać o służbach. W „Oficerach” miałem scenę, w której najbogatszy Polak, właściciel stacji telewizyjnej, przyznaje, że był TW. Dziesięć dni po emisji odcinka okazało się, że jeden z magnatów medialnych rzeczywiście ma w swoim życiorysie podobną „przygodę”. Jeden z dziennikarzy „Wiadomości” uczynił mi z tego powodu zarzut, bo z kina robię publicystykę. A ja pisałem scenariusz półtora roku wcześniej! Swoją drogą – czy to nie jest zabawne, że w wolnym kraju udało się stworzyć kastę dziennikarzy, którzy nie są zainteresowani faktami i prawdą?
Zajmował się pan również literaturą młodzieżową PRL. Zauważył pan, że większość dorosłych bohaterów zarówno powieści, jak i adaptacji filmowych jest ormowcami, czyli aktywistami Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Pan Samochodzik nigdy się z tym nie krył. Tolek Banan ujawnił ten fakt w ostatnim odcinku serialu. Był też komiksowy kapitan Żbik. Nie wspomnę o „Psie Cywilu”, którego prowadził – w znaczeniu dosłownym – sierżant MO.
– Tolek Banan konfidentem? Okropne! A mówiąc całkiem serio, kultura peerelowska stworzyła takie gatunki, jak powieść milicyjna i powieść młodzieżowa z milicyjnymi wątkami. Myślę, że w tej materii trzeba poruszać się ostrożnie. Adam Bahdaj ma wpadkę z Tolkiem Bananem, napisał też dziwne powieści detektywistyczne. Ale jest również autorem „Do przerwy 0:1, w „Sposobie na Alcybiadesa” w ogóle nie ma harcerstwa, a w „Siódmym wtajemniczeniu” jest zdelegalizowane – w książce z początku lat 70, kiedy rozwiązywanie niepokornych drużyn było tematem niecenzuralnym! Postać porucznika Jaszczołta w „Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa” była epizodyczna. Rozrosła się w serialu dzięki roli Wojciecha Siemiona.
Niziurski kontynuował najlepsze tradycje Kornela Makuszyńskiego, któremu akcję „Szatana z VII klasy” przeniesiono w PRL z Kresów (jak było w przedwojennych wydaniach) na Mazury.
– A dworek zamieniono na leśniczówkę. Ale co miał Niziurski robić, jak nie kontynuować tradycji Makuszyńskiego, którego literatura młodzieżowa miała również funkcję formacyjną. Dlatego że była taka literatura, możemy dziś rozmawiać jak normalni, wolni ludzie.
Co począć z Panem Samochodzikiem? Zlustrować go?
– To postać o wielu obliczach. Także aktorskich. Zmieniał się jak James Bond. W pierwszym filmie „Wyspa złoczyńców” zagrał Jan Machulski, potem zastąpił go Stanisław Mikulski i wreszcie aktorzy drugo- i trzeciorzędni. Pan Samochodzik zaczynał swoją karierę jak prawdziwy bohater powieści sensacyjnych – historyk sztuki, którego ambicją był profesjonalizm w pracy i uwodzenie kobiet. Na końcu stał się ormowcem i wujaszkiem Dobra Rada.
Sparodiowanym przez Stanisława Bareję w „Misiu”, gdzie Mikulski wystąpił w roli porucznika MO Lecha Rysia, sprawującego dyskretną opiekę nad gromadką urwisów. Z samego filmu „Motyla Noga Tomka Mazura” wiemy, że sprawowano nad nami dyskretną opiekę.
– No tak, na koniec okazało się, że dzisiaj głównym źródłem wiedzy o komunie są filmy Stanisława Barei. Trudno uwierzyć, ale część dzisiejszej widowni uważa je wyłącznie za komedie, za filmy do śmiechu. Młodzi nie wierzą, że tamten świat istniał naprawdę.
***
Wojciech Tomczyk (1960r.) – dramaturg, scenarzysta, producent. Autor sztuki „Norymberga” ukazującej nędzę ludzi komunistycznych służb specjalnych i propagandowe manipulacje w PRL, przedstawione także w „Wampirze”, inspirowanym historią seryjnego mordercy ze Śląska. Pisze scenariusze popularnych filmów fabularnych i seriali telewizyjnych nasycone realiami obyczajowymi, społecznymi i politycznymi (m. in. „Świadek koronny”, „Oficerowie”, „Oficer”, „Zaginiona”, „Bank nie z tej ziemi” i „Czarne słońca”. Adaptował dla kina młodzieżowe powieści Niziurskiego. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST oraz Studium Scenariuszowego PWSFTViT»

Jacek Cieslak
Rzeczpospolita nr 83
07-04-2007