Wojciech Tomczyk | PRZETRWAMY W PIEŚNI
15568
post-template-default,single,single-post,postid-15568,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-10.1.2,wpb-js-composer js-comp-ver-5.1,vc_responsive

PRZETRWAMY W PIEŚNI


– W Polsce trudno napisać coś ważnego na temat współczesności, co od razu jest wystawiane. Adam Mickiewicz, z którym się, oczywiście, nie porównuję, też nie mógł zobaczyć swoich „Dziadów”, nie inaczej było z Juliuszem Słowackim, szybciej poszło Wyspiańskiemu, ale „Wesele” też się nie bardzo podobało, o „Wyzwoleniu” nie wspominając.

KRZYSZTOF MASŁOŃ: W poniedziałek 18 maja w Teatrze Telewizji zobaczymy pańską nową sztukę „Zaręczyny”. Myślałem, że przed premierą przeczytam ją w „Dialogu”, miesięczniku publikującym dramaty, ale się zawiodłem. „Zaręczyny” nie spełniały kryterium druku?

WOJCIECH TOMCZYK: Moja sztuka nie mogła ukazać się w „Dialogu”, ponieważ redakcja wykryła u mnie obsesję na punkcie najnowszej historii Polski ze szczególnym uwzględnieniem żołnierzy wyklętych. I zaproponowano mi – co mam na piśmie i w co trudno uwierzyć – żebym dla równowagi wprowadził do „Zaręczyn” postać zamęczonego w Berezie komunisty, jestem dosyć przekorny z natury, więc postanowiłem sprawdzić, którego to komunistę zamęczono w Berezie, tym polskim obozie koncentracyjnym, jak się ją określa. Okazało się, że nie zamęczono nikogo; z powodu pobytu w obozie zmarło 13 osób, niby o 13 za dużo, ale umówmy się, że w zdecydowanej większości więzieni w przedwojennej Polsce komuniści dzięki temu ocaleli, bo inaczej Stalin, jagoda i jego następcy zrobiliby z nimi to, co z całą KPP.

Rzeczywiście, niezależnie od paradoksalności tego stwierdzenia było to prawdopodobne.

– Taka jest wiedza elementarna. Pomyślałem też, że gdyby istniał komunista zamęczony w Berezie, to przecież Marszałkowska nosiłaby jego imię, w szkole dzieci uczono by pieśni o nim, byłyby hufce upamiętniające jego życie i walkę. Roboczo przyjąłem dla niego nazwisko Ludwik Zamęczyk. Wyobraża to pan sobie? Hufce zamęczykowskie, wachty zamęczykowskie, rocznice jego urodzin, śmierci, aresztowania. Nie chciałbym spekulować, kto nakręciłby film ani kto napisałby jego trzytomową biografię. Obstawiałbym, że dramat o Zamęczyku wyszedłby spod pióra Kruczkowskiego. Ta bliskość z Kruczkowskim nie bardzo mi odpowiadała.

Kimś na miarę pańskiego Zamęczyka był Marian Buczek, którego jednak komunistom nie bardzo udało się utrwalić w literacko-filmowej legendzie, jednak mocno mnie zaskoczyło to, że podobną bzdurę, która narodziła się w redakcji poważanego niegdyś tytułu, ma pan na piśmie.

– Dowiedziałem się też, że „Zaręczyny” to słaby tekst, że pisałem lepsze rzeczy. Być może, choć myślę, że akurat ta sztuka wytrzymuje porównanie z tym, co napisałem do tej pory, ale no cóż, oni po prostu napisali to wprost, że mają trudność z rzeczami gatunkowymi. Redakcja „Dialogu”, miesięcznika od 1956 r. poświęconego dramaturgii współczesnej, ma trudność z publikowaniem rzeczy gatunkowych. A co to znaczy „teatr bez gatunku”? To oznacza upadek teatru, znak, że możemy zwijać te budy, co zresztą z wolna od pewnego czasu robimy.

Niezależnie od tych wszystkich perypetii z drukiem „niepodobającej się” sztuki nie bała się jej telewizja, o której generalnie nie mamy zbyt dobrego zdania.

– Uważam, że od kultury, przynajmniej w TVP1, są sensowni ludzie i nie jest prawdą, że – jak powiedziano to w klasycznym filmie – wszyscy pracujący na Woronicza nadają się na zgilotynowanie.

Przypomnę: Andrzej Wajda „Człowiek z żelaza”.

– Przywiązany jednak jestem do autora scenariusza: Aleksander Ścibor-Rylski „Człowiek z żelaza”.

Ależ bardzo proszę! Nie mogę się jednak nadziwić, że podobne trudności z drukiem czy realizacją swoich utworów może mieć autor „Wampira”, „Norymbergi”, „Inki 1946″…

– Stąd też mogą brać się kłopoty, ponieważ jestem już pisarzem klasycznym, a w redakcji „Dialogu” aktualnie starych daje się na złom. Widać, mam pecha, bo kiedy byłem młodym autorem, popierano starych, a teraz, kiedy jestem stary, popierają młodych. Jeśli zaś chodzi o telewizję publiczną, to poza tym, że oczywiście mam w niej swoje dojścia, bo zrobiłem dla tej instytucji sporo rzeczy, które się sprawdziły, tak w wymiarze artystycznym, jak w komercyjnym, to dużej podaży takich autorów jak ja tam nie ma. Umówmy się, że TVP zachowała się zgodnie ze swoim najlepszym interesem. Otrzymała współczesną komedię, dziejącą się w Polsce, tu, teraz, dotykającą tego, co być może jest obecnie w kraju najważniejsze. Zapewniono więc doskonałych aktorów – Zbigniewa Zamachowskiego, Jana Frycza, Danutę Stenkę, znakomitego reżysera Wojtka Nowaka…

Pan z nim już pracował?

– Pracowałem z nim przy „Dolinie Nicości”, adaptacji powieści Bronisława Wildsteina, ale to autor kilkudziesięciu spektakli, jeden z twórców świetności Teatru Telewizji, reżyser jednej z najznakomitszych sztuk w historii tego teatru, to znaczy „Stygmatyczki” Grzegorza Łoszewskiego, o siostrze Wandzie Boni-szewskiej.

Z jakich powodów nie doszło do wystawienia innej pańskiej sztuki – „Bezkrólewia”, która zaistniała jedynie jako dramat czytany, tyle że akurat była publikowana? Nie chciałbym nic ujmować tej formie prezentacji sztuk teatralnych, ale optymalna to ona nie jest.

– W tym przypadku nie chodziło o sam temat. Telewizja była zainteresowana „Bezkrólewiem”, myślę, że chyba szczerze, ale jego formuła jest stricte teatralna i do przekazu telewizyjnego nie bardzo się nadaje. A w teatrach… domyślam się, że chodziło jednak o polityczne sprawy, z którymi dyrektorzy, potencjalni producenci mają jakiś kłopot. Sądzę, że ten kłopot minie, tak jak minęły kłopoty znacznie większego formatu. Widać, w Polsce trudno napisać coś ważnego na temat współczesności, co od razu jest wystawiane. Adam Mickiewicz, z którym się, oczywiście, nie porównuję, też nie mógł zobaczyć swoich „Dziadów”, nie inaczej było z Juliuszem Słowackim, szybciej poszło Wyspiańskiemu, ale „Wesele” też się nie bardzo podobało, o „Wyzwoleniu” nie wspominając. Jeśli się idzie pod prąd, to się idzie pod prąd. Najwyżej pieniędzy poszukać trzeba gdzie indziej.

Żal mi jednak „Bezkrólewia”. Ma ono swoją warstwę aktualną, dzisiejszą i szkoda, by zapoznać się z nią można było dopiero za, powiedzmy, 20 lat.

– A kto by pomyślał dziś o senatorze Nowosilcowie, gdyby nie jego udział w „Dziadach” Adama Mickiewicza? Może więc za te 20 lat bohaterowie „Bezkrólewia”, których publiczność widzi nie bez racji w polskiej sferze publicznej, też nie odejdą w zapomnienie – przetrwają w pieśni.

Nasuwa się na myśl kolejna pańska sztuka -„Fragment większej całości” – do której wprowadził pan po prostu postaci z „Dziadów”: Pelikana, Rollisona. A w swojej warstwie współczesnej pokazuje ona stosunki panujące w powstałych po 1989 r., niemal z dnia na dzień, uczelniach z nazwy tylko wyższych, za to mieszczących się na przykład w Rykach. Inna szkoła wyższa, w Siedlcach, zafundowała sobie wówczas zakład doświadczalny w, przepraszam za wyrażenie, Mordach. Życie przerosło kabaret i pan to pięknie pokazał, ale sztuka znów z jakichś powodów nie przebiła się na scenę.

– To sztuka krótka, bardzo ładnie zrealizował ją w Teatrze Polskiego Radia Janusz Zaorski. Na scenie też chciano ją wystawić, ale spodziewano się, że dopiszę drugi akt, bo jednak jest to rzecz jedno-aktowa. No, „Dziady” z kolei są za długie – nigdy nie jest dobrze.

W „Zaręczynach”, sztuce na pozór lekkiej, łatwej i przyjemnej, ktoś w pewnym momencie konstatuje: „jest podział w narodzie i tyle, trzeba się z nim pogodzić”. Pan się na ten podział godzi?

– Nie, gdyż uważam, że jest on w dużej mierze nienaturalny i narzucony. A dobrze pamiętam, bo to było niedawno, jak był on budowany przez fanatyków tzw. ponowoczesności, którzy ten podział wpisywali pod stare przeciwstawienie kontusza i fraka. W to, co wieszcz Mickiewicz napisał w „Panu Tadeuszu”, przeciwstawiając Horeszków Soplicom czy Hrabiego Tadeuszowi. Jednak to jest podczepianie fałszywe. Dziś usiłuje się dzielić ludzi na tych, którzy używają kanalizacji oraz jedzą nożem i widelcem, i na tych, którzy nie wiedzą, do czego służą sztućce. Tę drugą stronę prezentuje się jako czerń. Zgodnie z tym, jak pisał Dostojewski, że nie ma większego cudzoziemca niż chłop rosyjski. Ten podział stoi na głowie, ponieważ drugiej stronie odmawia się wszelkich racji. To zresztą nieprawda, bo i pan, i ja wiemy, że elita tego kraju, jeśli taka istnieje, podzielona jest mniej więcej symetrycznie, po połowie. Tymczasem jedna ze stron usiłuje stworzyć wrażenie, że wiedza i racjonalność jej tylko przynależą.

Znów sięgnę po znamienny cytat z „Zaręczyn”: „Czy wy naprawdę nie umiecie bez tego żyć? Bez tego okazywania innym swojej wyższości moralnej. Kiedy tylko coś można zrobić dobrego, czy choćby pożytecznego, to wy, zamiast to robić, natychmiast wchodzicie na najwyższą półkę i stamtąd nawalacie na wszystkich”, jest w tym jakaś racja, akurat tej „światłej” strony, tyle że właśnie się dowiedziałem, iż podanie się do dymisji ministra Grabarczyka jest dowodem wysokich standardów moralnych obowiązujących w Platformie Obywatelskiej. Na razie argumentem tym szermował wyłącznie PiS. Teraz nie wiem już: śmiać się czy płakać?

– To jest jak w szachach, jeden dostaje czarne piony, drugi białe. Oczywiście relatywizm ma swoje granice, w końcu pewne imponderabilia są stałe, ale też nie jest tak, że ja wierzę w świętość ludu PiS-owskiego i w to, że po zwycięskich wyborach Prawo i Sprawiedliwość zrobi z Polski krainę wiecznej szczęśliwości.

Osobiście niepokoi mnie średnia wieku ludzi kultury sympatyzujących z PiS. Obliczam ją na około 78 lat…

– Przesadza pan, na spotkaniu środowiska artystycznego z Andrzejem Dudą nie brakowało 50-latków. Mocno zabrzmiał głos jazzmanów z Piotrem Baronem…

Trudno jednak za młodzieniaszków uznać aktorów deklarujących się po stronie Prawa i Sprawiedliwości.

– A po stronie Platformy? Jerzy Zelnik i Daniel Olbrychski są rówieśnikami. Jednak rzeczywiście, niekiedy gole strzelane są do własnej bramki, bo organizatorzy podobnych spotkań korzystają ze starych notesów, a takie notesy trzeba poszerzać, bo młodych ludzi mających krytyczne spojrzenie na to, co się dzieje w Polsce, jest coraz więcej i wystarczy posłuchać Radia Wnet, żeby się dowiedzieć, kto, co i dlaczego.

A jednak pokutuje przeświadczenie, że to środowisko Platformy czy – powiedzmy – „Gazety Wyborczej” jest nowoczesne, modernistyczne, a co za tym idzie – młodsze.

– Mam doświadczenie z 2008 r. Pamiętam ten dzień dobrze, bo następnego dnia zmarł Piotrek Łazarkiewicz, ale zdążył jeszcze w Gazecie Cafe zrealizować czytanie sztuki Havla „Odejścia”; potem Cywińska wyreżyserowała ją w Ateneum. Publiczność na Czerskiej to było 75 plus. Wyłącznie. Ci, którzy młodymi ludźmi byli w latach 70., część z nich pewnie współpracowała z KOR…

Nosiła wyciągnięte swetry i brody wcale niedodające powagi…

– To byli dalej ci sami ludzie i te 70-letnie dziewczyny wciąż kochające Adasia przyszły posłuchać, co tam Vaszek nowego napisał. A przy okazji miło spędzić czas, w fajnym miejscu z włączoną klimatyzacją, po wszystkim jakiś soczek podadzą… Więc to mówienie, że „Gazeta Wyborcza” przyciąga młodych, nie ma żadnego sensu.

Gdzie są więc ci, których nie ma ani tu, ani tu? Ci młodzi naprawdę.

– Szukają swojego miejsca. Na razie chodzą do szkoły, gdzie każdy stoi ze swoim smartfonem, nadaje, tweetuje, zamiast wyżyć się, wykrzyczeć… Cóż, jak zwykle młodzież jest banalna, jak zwykle nie ma racji, no bo młodzież zawsze nie ma racji.

Biorąc pod uwagę przyszłych konsumentów kultury, czyli tych tweetujących, pora byłaby najwyższa, żeby zacząć pisać dla nich w innym języku.

– Oby tylko nie w gwarze młodzieżowej, bo ona już jutro brzmieć będzie nienaturalnie i archaicznie. Dlatego sztuki XVIII-wieczne rozumiemy wszyscy, a sztuki z lat 70. zeszłego wieku rozumiemy tylko pan i ja. Każdego dnia jedne słowa umierają, a inne idą w górę.

Mamy dziś jednak słowa zakazane, o czym pisze pan w „Zaręczynach”. Na przykład „tęcza”, „bliźniak”, „zamach”. Tak rzeczywiście jest. Rozmawiając z jedyną siostrą, jaką mam, starannie omijam tematy polityczne, by nie doszło do spięcia, a jednak przez cały czas naszego spotkania wisi ono w powietrzu. Wystarczy jedna taka „tęcza” i wszystko się posypie. Skoro tak się dzieje w rodzinie, to co dopiero w mniej bliskich kontaktach. W czasach komuny o Katyniu się nie mówiło w szkole, tym bardziej w mediach, ale w domu tak, może tylko trochę ściszonym głosem. Teraz o Smoleńsku w przestrzeni publicznej słyszymy aż za często, ale w zaciszu domowym nazwa ta nie pada. Chyba że rozmawiamy z ideowymi sojusznikami.

– Niewątpliwie słowo „Smoleńsk” jest bardzo nadużywane w przestrzeni publicznej. I nie chodzi o to, że mamy go dosyć, ale że za jego pomocą pewni publicyści czy propagandyści sprawdzają swoich rozmówców, badają „poprawność” ich reakcji. Bardzo często robi to na przykład Wojewódzki, pytając o Smoleńsk ludzi jak najdalszych zarówno od kwestii lotniczych, jak i politycznych. Nie widzę tego po drugiej stronie. Jednak uświadomiłem sobie teraz, jak wiele takich zakazanych słów było za komuny. Takim słowem było „Piłsudski”. Pisząc maturę, czterokrotnie zrobiłem w tym nazwisku błąd. Powinienem oblać egzamin. Tak wtedy język mówiony oddalał się od reguł ortograficznych, gramatycznych. Dziś, cóż, wracamy do dwój myślenia.

Czy w trakcie pisania sztuki „Inka 1946” wiedział pan, że sądowy morderca Danuty Siedzikówny, prok. Krzyżanowski, żyje?

– Tak, wiedziałem o tym od Jurka Morawskiego, który pisał o nim w „Rzeczpospolitej”, i stwierdziłem, że jeszcze w 2003 r. prokurator ten jako kombatant był w składzie naszej oficjalnej delegacji pod Lenino. Po jego śmierci, w zeszłym roku, spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że pochowany zostanie z honorami wojskowymi.

Minister Siemoniak odwołał wtedy dowódcę i komendanta garnizonu w Koszalinie, ale to już była, że tak powiem, musztarda po obiedzie.

– Wacław Krzyżanowski był postacią publicznie skompromitowaną.

Po pana „Ince 1946”, po filmie Bugajskiego o gen. „Nilu” wyszła na jaw cała ohyda takich postaci jak Krzyżanowski. Ich czyny uzasadniają pytanie o granice oportunizmu, zwłaszcza że w aparacie tamtej „sprawiedliwości” nie brakowało ludzi wykształconych, wcale nie osiłków po czterech klasach.

– Najbardziej zdumiała mnie kultura urzędnicza, jaka obowiązywała w sądzie w 1946 r., gdy w sprawie „Inki” zapadał nonsensowny wyrok z idiotycznym uzasadnieniem. Zostało to bardzo elegancko wydrukowane, zapakowane i czekało 60 lat na moją kwerendę.

W pana „Bezkrólewiu” niejaki Kolo mówi: „Mamy coś świętego. Na pewno. Każdy ma. Tylko ja nie pamiętam, co to jest”. Wymieniony już tutaj, nie najgorszy dramaturg przecież, Stanisław Wyspiański stwierdził ponad sto lat temu: „Myśmy wszystko zapomnieli”, jak to jest z tą naszą pamięcią?

– To Józef Piłsudski powiedział: „Naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. To po pierwsze, a po drugie – przyszłość jest zawsze niepewna. Trzymajmy się przeszłości, bo musimy pamiętać, co się przydarzyło naszej zbiorowości, bo historia istnieje, trwa, bynajmniej się nie skończyła.

Jest pan podobno autorem sztuki o Marku Hłasce?

– „Matki Kwiatkoszczaków”. Ta sztuka leży gdzieś w teatrach, w istocie nie jest to rzecz o Hłasce, raczej zabawna sztuka obyczajowa o latach 50., ale jakoś ma trudności z trafieniem na scenę, chociaż prowadziłem już na jej temat zaawansowane rozmowy w jednym z teatrów warszawskich. Myślę, że ktoś jeszcze do tego wróci.

Był pan też autorem adaptacji „Złego”. Czy jest sens realizować tę sławną powieść Tyrmanda dzisiaj – czy to dla teatru, czy dla kina?

– Byłem kiedyś zaproszony do napisania takiej filmowej adaptacji. I pewnego dnia pomyślałem o tym, jak się Tyrmand męczył; u niego ścigają się ciężarówki, bo samochodów osobowych właściwie nie było, sławny przekręt z biletami na mecz Polska – Węgry też jest bardzo fajny, tylko średnio realny i zrozumiały, do tego dochodzi trudność z dostępem do broni. Te wszystkie ograniczenia, w dużej mierze cenzuralne, rozwiązałem jednym ruchem, rezygnując z pisania „Złego”, a pisząc „Oficera”. Czyli wymyślenie fabuły oryginalnej było łatwiejsze niż uprawdopodobnienie tamtej historii. „Zły” natomiast dobrze wychodzi w teatrze, mam nadzieję, że sprawdzi się teraz w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Poza tym u Tyrmanda dialogi są teatralne, długie, kwieciste bluzgi, nie takie, jakie dominują obecnie w filmach sensacyjnych – zdawkowe, lakoniczne. Oczywiście można by zrobić film tak silnie przestylizowany jak „Zakazane imperium”, co w warstwie obrazu widać jak na dłoni, gdy porównamy ten serial z „Ojcem chrzestnym”. Jednak nie ma polskiego filmu gangsterskiego nawiązującego do lat 50. i w ogóle polskiego filmu gangsterskiego poza historycznymi „Vabankami”. Do czego więc twórcy filmu „Zły” mieliby się odwoływać – do „Gangsterów i filantropów”? No bo gdyby komuś wpadło do głowy, nie daj Boże, odniesienie do amerykańskiego kina tamtych czasów, to wtedy ręka, noga, mózg… To jest bardzo, bardzo trudne.

Zakończenie sztuki „Zaręczyny” można odczytać optymistycznie: młodzi na szczęście mają już tę trudną uroczystość rodzinną za sobą, dalej powinno pójść łatwiej. Chciał pan pocieszyć widza?

– Nadzieja jest zawsze i zawsze jest płonna. Zawsze też są szczęśliwa przyszłość i dawne dobre czasy. A teraźniejszość zawsze jest do niczego. Tak po prostu jest.

Niepokoi tylko to, że ci młodzi ludzie chcą wyjechać, gdzie bądź, byle daleko: do Nowej Zelandii, Macedonii, Laosu… Chyba że szantażują tym wyjazdem rodziców, bo nie jest to pewne.

– W tej chwili chyba 2 min ludzi deklaruje chęć wyjazdu. Zatem na pewno nie jest to ze strony moich bohaterów tylko szantaż, ale wiemy, że jednak są młodzi ludzie, którzy tu zostają – mimo wszystko. Być może są frajerami, ale moim zdaniem będą wygrani, bo w Polsce musi się zmienić. Musi się zmienić na lepsze.
***
Wojciech Tomczyk – (ur. 1960) autor nie tylko dramatów, lecz także scenariuszy filmów i seriali, takich jak „Oficer”, „Świadek koronny”. „Sprawiedliwi”, „Chichot losu”.

Krzysztof Masłoń
Do Rzeczy nr 20/11/17-05-15